Otóż, wbrew temu, co przytaczane jest dość niedorzecznie - jako argument przeciwko wegetarianizmowi - jest to nieprawda.
Historyjka, mająca budzić rozum i sumienia, maluje obraz krwawego dyktatora, który z krwią na rękach milionów był zbyt wybredny i stuknięty, by jeść mięso.
Różni biografowie, jak i ci, którzy Hitlera znali osobiście wspominają jego zamiłowanie do bawarskiej kiełbasy, dziczyzny zapiekanej w cieście i faszerowanych gołębi...
Jednak jest coś, co każe rozpowszechniać te nieprawdziwe historyjki. Hitler bowiem cierpiał na chroniczne wzdęcia, na które jego lekarze zalecali dietę wegetariańską. Dostawał również zastrzyki z wysokobiałkowej surowicy otrzymywanych ze sproszkowanych byczych jąder. To jednak jest dość odległe zagadnienie od chociażby krokietów z grzybami czy specjałów z tofu.
W przemówieniach i pismach Hitlera nie ma żadnej wzmianki na temat tego, by ideologicznie sympatyzował z wegetarianizmem, a wśród jego poruczników nie było ani jednego jarosza. Raczej - w poczuciu, że jest to anomalia - uczyniłby z wegetarianów przestępców, tak jak to zrobił z osobami posługującymi się językiem esperanto, obdżektorami i innymi obmierzłymi "internacjonalistami".
Ciekawostka:
* Hitler - wbrew przekonaniom - nie był również ateistą. W "Main Kampf" wypowiedział się: "jestem przekonany, że działam jako posłaniec Stworzyciela. Zwalczając Żydów, wykonuję pracę Pana".
Tymi słowami posłużył się podczas przemówienia w Reichstagu w 1938 roku. Kilka lat później powiedział do gen. Gerharta Engela: "Jestem, jak i byłem wcześniej, katolikiem. I tak już pozostanie na zawsze".
Nazistowskie Niemcy entuzjastycznie współpracowały z Kościołem katolickim. Każdy żołnierz piechoty nosił pas z napisem Gott mit uns (Bóg jest z nami) na klamrze, a wojsko i ekwipunek błogosławiono powszechnie i regularnie.