W atomie nie ma właściwie nic. Przeważająca część atomu to... pusta przestrzeń. Porównując atom do wielkiego stadionu sportowego, jego elektrony będą zajmować najwyżej położone trybuny a ich wielkość będzie mniejsza niż główka szpilki. Natomiast jądro, które tkwi w centralnym obszarze boiska będzie miało wielkość ziarnka grochu.
Przez wiele stuleci sądzono, że atom, jako twór całkowicie teoretyczny, jest najmniejszym możliwym składnikiem materii i znaczy tyle samo, co "niepodzielny". Jednak w 1897 roku odkryto elektron, a w 1911 - jądro atomowe, które w następnym etapie badań rozszczepiono i zidentyfikowano (w 1932 roku) neutron. A i to jeszcze nie jest koniec. Protony (jony dodatnio naładowane) i obojętne elektrycznie neutrony jądra są zbudowane z jeszcze drobniejszych składników. Te najdrobniejsze składniki to kwarki, które noszą sympatyczne przydomki, jak.: "dziwny" i "powabny" bo nie różnią się między sobą kształtem lub wielkością tylko "zapachem". Natomiast ujemne elektrony są tak wyjątkowe, że nazywa się je GĘSTOŚCIĄ PRĄDU PRAWDOPODOBIEŃSTWA.
Ale na tym sprawa się nie kończy. Do połowy XX wieku odkryto tak wiele cząstek subatomowych (ponad 100), że zaczęło to być dość kłopotliwe dla naukowców. Jakby materia płatała psikusa badaczom i z każdym nowym odkryciem mówiła: "szukaj dalej, ta część to nadal nie mój fundament".
Pewien włoski fizyk, Enrico Fermi mawiał: "gdybym pamiętał nazwy tych wszystkich cząstek atomu, byłbym botanikiem". Od czasów Fermiego ustalono, że liczba cząstek subatomowych wewnątrz atomu wynosi 24. Przyjęto to jako jedną z możliwych propozycji, by wiedzieć, co jest czym w atomie, bez popadania w drobiazgowe szaleństwo. Stworzono umowny schemat atomu, zwany Modelem Standardowym.
Według obecnej wiedzy wszechświat jako całość jest równie pusty, co atom. W przestrzeni kosmicznej na jeden metr sześcienny przypada średnio jedna PARA atomów.
Od czasu do czasu siła ciążenia, ze znanych sobie tylko powodów, skupia atomy w gwiazdy, planety i... coś takiego, jak chociażby koty, ludzie i jaszczurki - twory, z których każdy jest na swój sposób zjawiskowy.
I jak to mówił Demokryt z Abdery: "Istnieją tylko atomy i pusta przestrzeń. Cała reszta to opinie."
środa, 24 sierpnia 2011
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Na jeden ludzki rok życia przypada siedem lat psa?
Nie jest to czystą prawdą i tylko prawdą.
Nie można znaleźć żadnego wiarygodnego autorytetu i źródła wiedzy, które by to potwierdziły oraz jasno określiły, w jaki sposób porównywać wiek różnych gatunków.
Dla przykładu: niektóre dwunastoletnie koty i psy są bardziej sprawne od najbardziej dziarskiego 80-latka, a teoretycznie - nie powinny.
Najlepszym sposobem na określenie wieku naszych czworonożnych przyjaciół jest zastosowanie przybliżonego wzoru, który sugeruje, że kocięta i szczeniaki dojrzewają znacznie szybciej niż dzieci, lecz tempo starzenia się zwalnia wyraźnie po dwóch latach.
Dlatego jednoroczny kot może mieć w przybliżeniu 16 lat ludzkich, ale czteroletniego kota należałoby przyrównać do 32-latka, a ośmioletniego do 60-latka.
Gdy obserwuję swojego kota, który ma lat dwa, nic nie wydaje mi się właściwym wzorem do obliczenia jego wieku. Sądząc po jego przedziwnym, nie dającym się przewidzieć zachowaniu, z jednej strony przypomina rozbrykane dziecko, które niedawno nauczyło się podskakiwać na jednej nodze (co okazuje przy każdej okazji, czy ktoś ma ochotę to oglądać, czy nie); a z drugiej strony - znękanego życiem stulatka z galopującą chorobą Alzheimera, który nie wie, na jakim świecie żyje, tak bardzo zdumiony jest oskarżeniami o złodziejstwo i zniszczenia dokonywane w promieniu dwóch metrów od jego pręgowanej postaci. Podczas gdy on przez ten cały czas - okrutnie utrudzony życiem - spał...
Nie można znaleźć żadnego wiarygodnego autorytetu i źródła wiedzy, które by to potwierdziły oraz jasno określiły, w jaki sposób porównywać wiek różnych gatunków.
Dla przykładu: niektóre dwunastoletnie koty i psy są bardziej sprawne od najbardziej dziarskiego 80-latka, a teoretycznie - nie powinny.
Najlepszym sposobem na określenie wieku naszych czworonożnych przyjaciół jest zastosowanie przybliżonego wzoru, który sugeruje, że kocięta i szczeniaki dojrzewają znacznie szybciej niż dzieci, lecz tempo starzenia się zwalnia wyraźnie po dwóch latach.
Dlatego jednoroczny kot może mieć w przybliżeniu 16 lat ludzkich, ale czteroletniego kota należałoby przyrównać do 32-latka, a ośmioletniego do 60-latka.
Gdy obserwuję swojego kota, który ma lat dwa, nic nie wydaje mi się właściwym wzorem do obliczenia jego wieku. Sądząc po jego przedziwnym, nie dającym się przewidzieć zachowaniu, z jednej strony przypomina rozbrykane dziecko, które niedawno nauczyło się podskakiwać na jednej nodze (co okazuje przy każdej okazji, czy ktoś ma ochotę to oglądać, czy nie); a z drugiej strony - znękanego życiem stulatka z galopującą chorobą Alzheimera, który nie wie, na jakim świecie żyje, tak bardzo zdumiony jest oskarżeniami o złodziejstwo i zniszczenia dokonywane w promieniu dwóch metrów od jego pręgowanej postaci. Podczas gdy on przez ten cały czas - okrutnie utrudzony życiem - spał...
sobota, 21 maja 2011
Stolica Tajlandii
W wielkim skrócie nazywa się Krung Thep - dla obywateli Tajlandii. To codzienna nazwa miasta, która znaczy tyle samo, co Los Angeles (Miasto Aniołów). Jest skrótem oficjalnej nazwy stolicy tego kraju, która jest jednocześnie najdłuższą nazwą miejscowości na świecie.
Tylko turyści z zagranicy używają na określenie stolicy Tajlandii słowa Bangkok - ta nazwa funkcjonuje w Tajlandii od ponad 200 lat.
Bangkok był nazwą małego portu rybackiego, ale król Rama I przeniósł tam w 1782 roku stolicę kraju, z portu wybudował miasto i nadał mu nową nazwę Krung Thep. Pierwsza część nazwy Bangkok, czyli bang znaczy wioska. Druga część pochodzi od starego tajlandzkiego słowa makok, które jest nazwą rodzaju owocu (albo śliwki albo oliwek, albo mieszanki obu). W dowolnym tłumaczeniu nazwę Bangkok można przetłumaczyć jako Oliwkowa albo Śliwkowa Wieś. Nikt z mieszkańców podobno nie wie, jakie tłumaczenie obowiązuje.
Pełna oficjalna nazwa stolicy Tajlandii brzmi:
Krungthep Mahanakhon Amorn Rattanakosin Mahintara Yudthaya Mahadilok Pohp Noparat Rajathanee Bureerom Udomrajniwes Mahasatarn Amorn Pimarn Avaltarnsatit Sakatattiya Visanukram Prasit.
W języku tajlandzkim to jedno słowo zbudowane jest ze 152 liter lub 64 sylab.
Przybliżone tłumaczenie brzmi: :"Wielkie Miasto Aniołów, największa skarbnica boskich klejnotów, potężna, nie do zdobycia kraina, okazałe i wyróżniające się królestwo, królewska i zachwycająca stolica zapełniona dziewięcioma kamieniami szlachetnymi, największe królewskie mieszkanie i okazały pałac, boskie schronienie i miejsce zamieszkania odrodzonych duchów".
Krung Thep to jedyne miasto(!) w Tajlandii. Jest prawie czterdzieści razy większe od następnej - co do wielkości - miejscowości.
Tylko turyści z zagranicy używają na określenie stolicy Tajlandii słowa Bangkok - ta nazwa funkcjonuje w Tajlandii od ponad 200 lat.
Bangkok był nazwą małego portu rybackiego, ale król Rama I przeniósł tam w 1782 roku stolicę kraju, z portu wybudował miasto i nadał mu nową nazwę Krung Thep. Pierwsza część nazwy Bangkok, czyli bang znaczy wioska. Druga część pochodzi od starego tajlandzkiego słowa makok, które jest nazwą rodzaju owocu (albo śliwki albo oliwek, albo mieszanki obu). W dowolnym tłumaczeniu nazwę Bangkok można przetłumaczyć jako Oliwkowa albo Śliwkowa Wieś. Nikt z mieszkańców podobno nie wie, jakie tłumaczenie obowiązuje.
Pełna oficjalna nazwa stolicy Tajlandii brzmi:
Krungthep Mahanakhon Amorn Rattanakosin Mahintara Yudthaya Mahadilok Pohp Noparat Rajathanee Bureerom Udomrajniwes Mahasatarn Amorn Pimarn Avaltarnsatit Sakatattiya Visanukram Prasit.
W języku tajlandzkim to jedno słowo zbudowane jest ze 152 liter lub 64 sylab.
Przybliżone tłumaczenie brzmi: :"Wielkie Miasto Aniołów, największa skarbnica boskich klejnotów, potężna, nie do zdobycia kraina, okazałe i wyróżniające się królestwo, królewska i zachwycająca stolica zapełniona dziewięcioma kamieniami szlachetnymi, największe królewskie mieszkanie i okazały pałac, boskie schronienie i miejsce zamieszkania odrodzonych duchów".
Krung Thep to jedyne miasto(!) w Tajlandii. Jest prawie czterdzieści razy większe od następnej - co do wielkości - miejscowości.
![]() |
| Fot. z sieci |
![]() | |
| Fot. z sieci |
![]() |
| Fot. z sieci |
niedziela, 1 maja 2011
Metody na obniżony nastrój
Depresję można "przechodzić" i jest to forma terapii równie skuteczna, co farmakoterapia. Półgodzinne ćwiczenia trzy-pięć razy w tygodniu mają taki sam (a może i nawet lepszy) wpływ na obniżony nastrój, co leki. Ćwiczenia, ruch, wyzwalanie energii - według wszelkich badań - redukują objawy depresji aż do około 50%. Podobnie - twierdzą naukowcy - czasami placebo jest skuteczniejsze niż leki czy ziołowe remedia. Psychiatra z Seattle, dr Arif Khan, po serii prób przeprowadzonych w latach 1979-1996 dowodził, że dziurawiec całkowicie wyleczył 24% przypadków chorych na depresję, leki typowo antydepresyjne - 25%, a placebo zadziałało aż w 32%. Ostatnie badania - na najnowszych antydepresantach - były również imponujące, choć nie tak jak kilkanaście lat temu: leki farmakologiczne wygrały z placebo lecząc aż 52% badanych chorych, ale placebo uzyskało aż 38% skuteczności. Gdy jednak podstęp wyszedł na jaw, stan pacjentów gwałtownie się pogorszył.
Najprawdopodobniej najważniejszy jest kontekst leczenia osób z depresją. Gdy mają zapewnioną pełną opiekę psychologiczną plus leki (w tym i placebo) gwarancja na skuteczne wyleczenie zdecydowanie wzrasta.
To brak dopaminy, substancji chemicznej wytwarzanej przez mózg, wywołuje depresję. I na to jest również sposób, który nie wymaga przyjmowania leków, co tym samym hamuje produkcję dopaminy przez mózg. To ćwiczenia z tzw. "pozytywnego myślenia". Badaniu poddano tybetańskich mnichów, których tematem medytacji była "bezwarunkowa, pełna miłości życzliwość i współczucie" - dzięki temu wykryto u nich niezwykły wzór fal mózgowych gamma, zazwyczaj bardzo trudnych do odczytania, a który wprowadza człowieka w pozytywny nastrój.
Zapewne tu tkwi potęga placebo, której mocy i skuteczności przydaje uczucie wiary.
I jak to powiedział D.H. Lawrence: "Byłem przygnębiony, myśląc o przyszłości, dałem więc sobie spokój i zrobiłem trochę marmolady. To niesłychane, jak szatkowanie pomarańczy i szorowanie podłogi może rozweselić człowieka."
Najprawdopodobniej najważniejszy jest kontekst leczenia osób z depresją. Gdy mają zapewnioną pełną opiekę psychologiczną plus leki (w tym i placebo) gwarancja na skuteczne wyleczenie zdecydowanie wzrasta.
To brak dopaminy, substancji chemicznej wytwarzanej przez mózg, wywołuje depresję. I na to jest również sposób, który nie wymaga przyjmowania leków, co tym samym hamuje produkcję dopaminy przez mózg. To ćwiczenia z tzw. "pozytywnego myślenia". Badaniu poddano tybetańskich mnichów, których tematem medytacji była "bezwarunkowa, pełna miłości życzliwość i współczucie" - dzięki temu wykryto u nich niezwykły wzór fal mózgowych gamma, zazwyczaj bardzo trudnych do odczytania, a który wprowadza człowieka w pozytywny nastrój.
Zapewne tu tkwi potęga placebo, której mocy i skuteczności przydaje uczucie wiary.
I jak to powiedział D.H. Lawrence: "Byłem przygnębiony, myśląc o przyszłości, dałem więc sobie spokój i zrobiłem trochę marmolady. To niesłychane, jak szatkowanie pomarańczy i szorowanie podłogi może rozweselić człowieka."
środa, 20 kwietnia 2011
Indiański skalp
Nie jest prawdą, jakoby Indianie byli tymi, którzy wpadli na pomysł skalpowania swoich wrogów. Skóra ściągnięta z głowy znana była już w starożytności - Scytowie zdzierali skórę głowy swoim nieprzyjaciołom (pisał o tym Herodot) oraz niektóre ludy z zachodniej Syberii i starożytni Persowie.
Wśród Indian skalpowanie było mało rozpowszechnione. Niektórzy historycy mają pewne wątpliwości, czy przed przybyciem białego człowieka Indianie w ogóle znali tę praktykę. Bo to biali, nie czerwonoskórzy zdzierali skórę z głowy swoim przeciwnikom na Dzikim Zachodzie. Żeby zainkasować premię za zabicie Indianina musieli wykazać się dowodem w postaci jego skalpu.
Początkowo skalpowanie znane było tylko we wschodniej części obecnych Stanów Zjednoczonych (na dolnym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca) - stamtąd rozprzestrzeniało się na całą Amerykę.
Dla Indian, gdy przejęli modę na skalpowanie, zdobyte skalpy stał się świadectwem godności wojownika. Indianie nie mieli oporów, by zdzierać skalpy z jeszcze żywych ofiar.
Wśród Indian skalpowanie było mało rozpowszechnione. Niektórzy historycy mają pewne wątpliwości, czy przed przybyciem białego człowieka Indianie w ogóle znali tę praktykę. Bo to biali, nie czerwonoskórzy zdzierali skórę z głowy swoim przeciwnikom na Dzikim Zachodzie. Żeby zainkasować premię za zabicie Indianina musieli wykazać się dowodem w postaci jego skalpu.
Początkowo skalpowanie znane było tylko we wschodniej części obecnych Stanów Zjednoczonych (na dolnym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca) - stamtąd rozprzestrzeniało się na całą Amerykę.
Dla Indian, gdy przejęli modę na skalpowanie, zdobyte skalpy stał się świadectwem godności wojownika. Indianie nie mieli oporów, by zdzierać skalpy z jeszcze żywych ofiar.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


