... są zwierzętami fototropijnymi. Zaprogramowane tak, by odwracać się od słońca i unikać kontaktu ze światłem. Są zwierzętami nocnymi i większość ich gatunków natychmiast ucieka w zetknięciu ze źródłem jakiegokolwiek światła. Nie sposób jednak jednoznacznie stwierdzić, co właściwie jest przyczyną tej ucieczki. Czy jest to genetycznie zaprogramowana reakcja chroniąca je przed innymi drapieżnikami, czy po prostu przeszkadza im światło. Na pewno wiadomo, że szybkość z jaką ucieka karaluch zależy m.in od wilgotności powietrza, gatunku karalucha i stopnia jego wygłodzenia. Przyglądając się tym nielubianym owadom dziwić może fakt, że karaluchy mają słaby wzrok. Okazuje się, że niebezpieczeństwo wyczuwają jako wibracje w swoim otoczeniu. Mają na grzbiecie dwie struktury, zwane tworami szczecinkowatymi - bardzo wrażliwe na podmuchy powietrza. Czyli, gdy ponagleni nocnym głodem wchodzimy po ciemku do kuchni, karaluch wykrywa naszą obecność nie wzrokiem, nie słuchem tylko wyczuwając prądy powietrza, które tworzymy swoją ruchliwą obecnością. Gdy już zapalimy światło przygotowany jest do odwrotu i zmyka w szczeliny, z których wyszedł.
Współczesna karaluchy są świetnie przystosowane do otoczenia. Gdy smacznie śpimy, z prawdziwym znawstwem terenu plądrują nasze kuchnie. Jedynie czego może się obawiać, to większych gryzoni, ale te atakują je tylko w ciągu dnia. W nocy największym ich wrogiem jest środek owadobójczy w aerozolu. No, ale komu by się chciało biegać po ciemku za karaluchami.
Zakładając zaś, że karaluch umiera śmiercią naturalną, to trzeba zwrócić uwagę na ich ułożenie, gdy osiągną stan zero. Zdechły owad leży na grzbiecie. Dlaczego? Otóż, gdy karaluch zdycha, sztywnieją mu nogi i upada na bok. A, że przeważnie mają spłaszczone ciałka o wąskich bokach, impet upadku i uderzenia o podłoże natychmiast przewraca je na grzbiet.
Oczywiście i tu wyodrębnić można pewne ciekawe klasyfikacje. Jak wyżej opisałam, zdychają małe karaluchy, takie jak prusaki i karaluchy brązowobokie. Istnieją również większe karaluchy, np. przybyszka amerykańska, czy karaluch wschodni - mają niżej położony ośrodek ciężkości - a te najczęściej zdychają "pyskiem do ziemi".
I jak ich nie polubić za takie umieranie?
piątek, 10 lutego 2012
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Wilno
Historia Wilna - Od krzyżackich zatarczek po niepodległą Litwę.
Z pewnością słyszeli Państwo kiedyś o Wilnie, pełnym pięknych, pochodzących w różnych okresów historycznych zabytków litewskim mieście. Dzisiaj jest to cenne miejsce dla każdego turysty oraz podróżników ze wszystkich stron świata. Jaka jest jednak przeszłość Wilna, jakie tajemnice kryje w swoich murach to miasto?
Odkrycia pokazują, że na terenach Wilna ludzie mieszkali jeszcze w mezolicie. Pierwsze oficjalne przekazy o istnieniu miasta pochodzą jednak dopiero z listu księcia Giedymina (dziada Jagiełły) do papieża Jana XXII. W tamtych czasach dużym postrachem Wilna (polskich ziem zresztą także) byli Krzyżacy, którzy kilkakrotnie napadli na miasto, plądrując je i podpalając . Dużym przełomem w dziejach miasta była unia z Polską w Krewie, kiedy to zawiązał się polsko-litewski sojusz. Z tej właśnie okazji w Wilnie wyprawiono uroczystość mającą na celu uczczenie przyjęcie chrztu przez Litwę, a miastu nadano prawa miejskie magdeburskie - wtedy też powstała podporządkowana Gnieznu katolicka diecezja wileńska. W latach 1503-1522 wybudowano mury obronne, które przetrwały do XVIII, bądź XIX wieku, kiedy to zostały zburzone (z wyjątkiem Ostrej Bramy). Prawdziwy ''Złoty Wiek'' przyszedł jednak do Wilna wraz z czasami zygmuntowskimi. W tym okresie powstała mennica, most na Wilejce, czy też liczne szpitale i pałace. W okresie tym Wilno było skupiskiem wielu narodowości, mieszkali w nim m.in. Litwini, Polacy, Białorusini, Żydzi, Niemcy, Ormianie, bądź Tatarzy. W 1579 roku Stefan Batory założył akademię prowadzoną przez Jezuitów, zaś niedługo po tym wydarzeniu pośród mieszkańców doszło do zatarczki na tle religijnym - głównie między katolikami, a wyznawcami kalwinizmu. W swej historii Wilno płonęło wiele razy, jednak w 1610 roku doszło do największego pożaru, który strawił zarówno ponad 4700 domostw jak i Zamek Dolny. Pod koniec XVIII wieku miasto znalazło się w zaborze rosyjskim. Ciekawostką jest, że 1812 roku przez Wilno przeszła licząca sobie ponad 200 tysięcy żołnierzy armia napoleońska - oczywiście wtedy także nie obyło się bez rabunków. Po pewnej namiastce wolności, miasto to znów wpadło pod panowanie Rosjan. W XIX wieku w Wilnie zaczęły powstawać liczne ugrupowania na tle patriotycznym, z którymi dosyć silnie związany był polski wieszcz narodowy Adam Mickiewicz. W 1920 roku miasto zostało zagarnięte przez Armię Czerwoną, jednak ''chwilę później'' oddano je Litwie. Piłsudski za wszelką cenę pragnął odzyskania tych terenów, dlatego też do ich pozyskania użył podstępu dzięki któremu weszły one w posiadanie Polski. W 1944 roku większość polskich mieszkańców została przesiedlona, a na ziemie te zaczęli zjeżdżać się Litwini oraz Rosjanie (tereny te należały wówczas do Związku Radzieckiego). Dopiero w 1991 Wilno stało się stolicą niepodległej Litwy.
Jak Państwo widzą, stolica Litwy nie miała łatwej przeszłości. Wielokrotnie przechodziła z jednych rąk do drugich, będąc plądrowana, podpalana i niszczona. Na szczęście po działaniach tych obecnie nie ma już ani jednego śladu, dzięki czemu zwiedzanie stolicy Litwy jest jedynie przyjemnością. Po całym dniu wrażeń związanych z wędrówką po tym mieście mogą Państwo wypocząć w jednym z hoteli, pensjonatów, bądź też domków letniskowych casamundo.
Stolica Litwy oprócz wrażeń kulturalnych z pewnością ''zadba'' o Państwa żołądek i ducha. Podróż do Wilna to podróż w głąb historii, która bez wątpienia nie raz Państwa zaskoczy.
* domki letniskowe casamundo do znalezienia tu
* polsko-litewski sojusz do poczytania tu
autor: M.P.
![]() |
| Fot. annakot4,źródło: flickr.com |
Stolica Litwy oprócz wrażeń kulturalnych z pewnością ''zadba'' o Państwa żołądek i ducha. Podróż do Wilna to podróż w głąb historii, która bez wątpienia nie raz Państwa zaskoczy.
* domki letniskowe casamundo do znalezienia tu
* polsko-litewski sojusz do poczytania tu
autor: M.P.
niedziela, 1 stycznia 2012
Miasto karłów - Chiny
| Fot. z sieci |
Kuming to niewielka wioska w południowo - zachodnich Chinach, którą zamieszkują karły. Tylko ktoś o wzroście 130 cm i mniej może tam zamieszkać. Najwyższa osoba w tym nietypowym miejscu ma 120 cm wzrostu, najniższa tylko 61. Początkowo okolica ta miała być tylko azylem dla tych niezwykłych ludzi, którzy na codzień przechodzą udrękę wyszydzania i wyśmiewania. Z upływem czasu jednak, miejsce to stało się coraz większą atrakcją turystyczną, stąd pomysł władz, by stworzyć swoisty park rozrywki z całkowitym udziałem karłów. Obecnie, organizując wycieczkę do Chin biura turystyczne nie zapominają, by swoich turystów zawieźć do Kunming.
| Fot. z sieci |
Pracownicy tego parku zarabiają 1,000 yuan (147 dolarów) na miesiąc razem z darmowym zakwaterowaniem. Tego typu warunki są dużo lepsze od zarobków jakie dostają studenci w Kunming zaraz po ukończeniu tutejszego uniwersytetu. Miejscowa "bajkowa księżniczka" Xiao Xiao wyznaje że około połowa tutejszych pracowników rozważało samobójstwo przed podjęciem bieżącej pracy. "Dla wielu ludzi jak my, jest ciężko znaleźć jakąkolwiek pracę" - wyznaje - "większość ludzi na zewnątrz parku patrzy na nas jak na osoby nienormalne, ale tutaj jest inaczej".
Poza kilkoma przypadkami nieprzystosowania (suche i gorące powietrze, nieprzewidywalne bójki między karłami) niskich ludzi do życia i pracy w Królestwie Krasnoludków, większość z nich uważa, że to wspaniałe rozwiązanie dla tych, których miejsce w prawdziwym życiu jest boleśnie ograniczone.
Menadżer Królestwa Krasnoludków, Wu Wei zapowiada, że w niedalekiej przyszłości zaplanowana jest rozbudowa parku wraz z zatrudnieniem około 600 pracowników. Jedynym problemem jest fakt, że nie jest łatwo zatrudnić ludzi o bardzo niskiej wysokości, tak jakby się to wydawało. Jak sama wyznaje: "Marketing jest głównym problemem, ponieważ większość karłów nie wie że Park Krasnoludków naprawdę istnieje". Zaplanowane jest również rekrutowanie karzełków spoza granicy Chin.
Mówiąc najkrócej, ci którzy chcą uniknąć drwin i dyskryminacji, ostatecznie mogą wylądować w parku rozrywki. Dla nie-Chińczyków może to być jednak znacznie trudniejsze. Nauka języka chińskiego, mimo rozpowszechnianego tam języka angielskiego, może być naprawdę wielkim wyzwaniem.
piątek, 23 grudnia 2011
Xmas
Można by powiedzieć, że określanie Świąt Bożego Narodzenia skrótem X-mas, to naturalna kolej rzeczy w naszym galopującym świecie. Niektórzy jednak twierdzą, że używanie tej potocznej nazwy dowodzi skali komercjalizacji Świąt Bożego Narodzenia.
X w Xmas, to pochodna greckiego odpowiednika liter Ch, jak w słowie Christas (Chrystus). Litera X oznacza Chrystusa, co najmniej od 1100 roku, a terminu Xmas użyto po raz pierwszy już w roku 1551. Znawca tematu, Eric Patridge zwraca uwagę, że Xianity to erudycyjny skrót angielskiego słowa Christianity (chrześcijaństwo), więc nie ma o co drzeć szat.
Jak się jednak okazuje, wbrew powszechnemu użyciu, zwrot Xmas nie podoba się tak wielu ludziom we współczesnym świecie, że jego zastosowanie, zgodnie z zachowaniem dobrego smaku, ogranicza się do literatury użytkowej i bannerów reklamowych.
Podręczniki stylu językowego "New York Timesa" w przypadku Xmas daje proste zalecenie: "NIGDY NIE UŻYWAĆ".
Zatem drodzy Czytelnicy: Merry Xmas!
X w Xmas, to pochodna greckiego odpowiednika liter Ch, jak w słowie Christas (Chrystus). Litera X oznacza Chrystusa, co najmniej od 1100 roku, a terminu Xmas użyto po raz pierwszy już w roku 1551. Znawca tematu, Eric Patridge zwraca uwagę, że Xianity to erudycyjny skrót angielskiego słowa Christianity (chrześcijaństwo), więc nie ma o co drzeć szat.
Jak się jednak okazuje, wbrew powszechnemu użyciu, zwrot Xmas nie podoba się tak wielu ludziom we współczesnym świecie, że jego zastosowanie, zgodnie z zachowaniem dobrego smaku, ogranicza się do literatury użytkowej i bannerów reklamowych.
Podręczniki stylu językowego "New York Timesa" w przypadku Xmas daje proste zalecenie: "NIGDY NIE UŻYWAĆ".
Zatem drodzy Czytelnicy: Merry Xmas!
czwartek, 8 grudnia 2011
Krzesło elektryczne
Na pomysł powstania krzesła elektrycznego wpadł... dentysta, Alfred P. Southwick. Jego pacjent zmarł w fotelu na skutek przypadkowego dotknięcia przewodu pod napięciem. Angielskie slowo electrocution oznacza przede egzekucję na krześle elektrycznym, a powstało z połączenia słów: execution i electricity. Dopiero później zaczęło oznaczać każdą śmierć spowodowaną porażeniem prądem.
W tym czasie, gdy dentysta wpadł na pomysł wykorzystania krzesła i prądu, pomiędzy T. Edisonem a G. Westinghose'em wybuchła ostra rywalizacja dotycząca typu produkowanego prądu. Edison był zwolennikiem prądu stałego, przekonywał społeczeństwo, że prąd zmienny jest niebezpieczny i w dowód na to, że ma rację wykorzystywał go do przeprowadzania egzekucji. Pod koniec XIX wieku "badał" działanie testowanego urządzenia (wraz z właścicielem patentu na krzesło elektryczne - Haroldem Brownem) uśmiercając wiele gatunków zwierząt. Z tego wniosek płynął jeden: że najlepszym w uśmiercaniu żywych istot jest prąd zmienny.
Pierwszy wyrok za pomocą tego wynalazku wykonano w 1908 roku w Stanach Zjednoczonych, w Auburn. Skazanym był William Kemmler, który zamordował swoją konkubinę siekierą. Przy pierwszej próbie egzekucja się nie powiodła. Kemmler był rażony prądem przez 17 sekund, ale przeżył. Napięcie zostało podniesione do 2000 V, lecz generator potrzebował czasu, żeby się ponownie naładować. W tym czasie poważnie poparzony Kemmler jęczał. Druga próba trwała ponad minutę, a cała scena była opisywana przez wielu świadków jako straszna: zapach palonego ciała i dym unoszący się z głowy Kemmlera. George Westinghouse w późniejszym komentarzu stwierdził: "lepiej by zrobili używając siekiery". Reporter, który był również świadkiem egzekucji powiedział, że było to "obrzydliwe widowisko, dużo gorsze niż powieszenie"...
Okazuje się również, że krzesła elektryczne znalazły nie tylko zastosowanie w szeroko pojętym sądownictwie.
W lipcu 2011 roku małżeństwo Andrew i Margaret Castle (mający oboje po lat 61), w pewnym angielskim miasteczku, w hrabstwie Lancashire uchodzili za wzorową parę. Ale, jak to bywa z wzorowymi małżeństwami, prawda nigdy nie jest taka, jak ją widzą inni. Otóż za zamkniętymi drzwiami garażu mąż konstruował dla żony... krzesło elektryczne. Za powód miał wystarczyć fakt, że pani Margaret chciała się rozwieść. Gdy wynalazek był gotowy, Andrew zwabił żonę do garażu i powiedział, by na chwilę usiadła, bo muszą porozmawiać. Kobieta w ostatniej chwili zorientowała się, co jej grozi i zdołała uciec. Pomysłodawcę niedoszłego czynu skazano na 10 lat więzienia.
Kobiety, żony swoich mężów, uchodzących za złote rączki - bądźcie czujne albo... do grobowej deski, choćby na kolanach po rozżarzonych węglach!
źródła: Wikipedia, "1001 Wynalazków"; www.se.pl
W tym czasie, gdy dentysta wpadł na pomysł wykorzystania krzesła i prądu, pomiędzy T. Edisonem a G. Westinghose'em wybuchła ostra rywalizacja dotycząca typu produkowanego prądu. Edison był zwolennikiem prądu stałego, przekonywał społeczeństwo, że prąd zmienny jest niebezpieczny i w dowód na to, że ma rację wykorzystywał go do przeprowadzania egzekucji. Pod koniec XIX wieku "badał" działanie testowanego urządzenia (wraz z właścicielem patentu na krzesło elektryczne - Haroldem Brownem) uśmiercając wiele gatunków zwierząt. Z tego wniosek płynął jeden: że najlepszym w uśmiercaniu żywych istot jest prąd zmienny.
Pierwszy wyrok za pomocą tego wynalazku wykonano w 1908 roku w Stanach Zjednoczonych, w Auburn. Skazanym był William Kemmler, który zamordował swoją konkubinę siekierą. Przy pierwszej próbie egzekucja się nie powiodła. Kemmler był rażony prądem przez 17 sekund, ale przeżył. Napięcie zostało podniesione do 2000 V, lecz generator potrzebował czasu, żeby się ponownie naładować. W tym czasie poważnie poparzony Kemmler jęczał. Druga próba trwała ponad minutę, a cała scena była opisywana przez wielu świadków jako straszna: zapach palonego ciała i dym unoszący się z głowy Kemmlera. George Westinghouse w późniejszym komentarzu stwierdził: "lepiej by zrobili używając siekiery". Reporter, który był również świadkiem egzekucji powiedział, że było to "obrzydliwe widowisko, dużo gorsze niż powieszenie"...
Okazuje się również, że krzesła elektryczne znalazły nie tylko zastosowanie w szeroko pojętym sądownictwie.
W lipcu 2011 roku małżeństwo Andrew i Margaret Castle (mający oboje po lat 61), w pewnym angielskim miasteczku, w hrabstwie Lancashire uchodzili za wzorową parę. Ale, jak to bywa z wzorowymi małżeństwami, prawda nigdy nie jest taka, jak ją widzą inni. Otóż za zamkniętymi drzwiami garażu mąż konstruował dla żony... krzesło elektryczne. Za powód miał wystarczyć fakt, że pani Margaret chciała się rozwieść. Gdy wynalazek był gotowy, Andrew zwabił żonę do garażu i powiedział, by na chwilę usiadła, bo muszą porozmawiać. Kobieta w ostatniej chwili zorientowała się, co jej grozi i zdołała uciec. Pomysłodawcę niedoszłego czynu skazano na 10 lat więzienia.
Kobiety, żony swoich mężów, uchodzących za złote rączki - bądźcie czujne albo... do grobowej deski, choćby na kolanach po rozżarzonych węglach!
źródła: Wikipedia, "1001 Wynalazków"; www.se.pl
środa, 24 sierpnia 2011
Środek atomu
W atomie nie ma właściwie nic. Przeważająca część atomu to... pusta przestrzeń. Porównując atom do wielkiego stadionu sportowego, jego elektrony będą zajmować najwyżej położone trybuny a ich wielkość będzie mniejsza niż główka szpilki. Natomiast jądro, które tkwi w centralnym obszarze boiska będzie miało wielkość ziarnka grochu.
Przez wiele stuleci sądzono, że atom, jako twór całkowicie teoretyczny, jest najmniejszym możliwym składnikiem materii i znaczy tyle samo, co "niepodzielny". Jednak w 1897 roku odkryto elektron, a w 1911 - jądro atomowe, które w następnym etapie badań rozszczepiono i zidentyfikowano (w 1932 roku) neutron. A i to jeszcze nie jest koniec. Protony (jony dodatnio naładowane) i obojętne elektrycznie neutrony jądra są zbudowane z jeszcze drobniejszych składników. Te najdrobniejsze składniki to kwarki, które noszą sympatyczne przydomki, jak.: "dziwny" i "powabny" bo nie różnią się między sobą kształtem lub wielkością tylko "zapachem". Natomiast ujemne elektrony są tak wyjątkowe, że nazywa się je GĘSTOŚCIĄ PRĄDU PRAWDOPODOBIEŃSTWA.
Ale na tym sprawa się nie kończy. Do połowy XX wieku odkryto tak wiele cząstek subatomowych (ponad 100), że zaczęło to być dość kłopotliwe dla naukowców. Jakby materia płatała psikusa badaczom i z każdym nowym odkryciem mówiła: "szukaj dalej, ta część to nadal nie mój fundament".
Pewien włoski fizyk, Enrico Fermi mawiał: "gdybym pamiętał nazwy tych wszystkich cząstek atomu, byłbym botanikiem". Od czasów Fermiego ustalono, że liczba cząstek subatomowych wewnątrz atomu wynosi 24. Przyjęto to jako jedną z możliwych propozycji, by wiedzieć, co jest czym w atomie, bez popadania w drobiazgowe szaleństwo. Stworzono umowny schemat atomu, zwany Modelem Standardowym.
Według obecnej wiedzy wszechświat jako całość jest równie pusty, co atom. W przestrzeni kosmicznej na jeden metr sześcienny przypada średnio jedna PARA atomów.
Od czasu do czasu siła ciążenia, ze znanych sobie tylko powodów, skupia atomy w gwiazdy, planety i... coś takiego, jak chociażby koty, ludzie i jaszczurki - twory, z których każdy jest na swój sposób zjawiskowy.
I jak to mówił Demokryt z Abdery: "Istnieją tylko atomy i pusta przestrzeń. Cała reszta to opinie."
Przez wiele stuleci sądzono, że atom, jako twór całkowicie teoretyczny, jest najmniejszym możliwym składnikiem materii i znaczy tyle samo, co "niepodzielny". Jednak w 1897 roku odkryto elektron, a w 1911 - jądro atomowe, które w następnym etapie badań rozszczepiono i zidentyfikowano (w 1932 roku) neutron. A i to jeszcze nie jest koniec. Protony (jony dodatnio naładowane) i obojętne elektrycznie neutrony jądra są zbudowane z jeszcze drobniejszych składników. Te najdrobniejsze składniki to kwarki, które noszą sympatyczne przydomki, jak.: "dziwny" i "powabny" bo nie różnią się między sobą kształtem lub wielkością tylko "zapachem". Natomiast ujemne elektrony są tak wyjątkowe, że nazywa się je GĘSTOŚCIĄ PRĄDU PRAWDOPODOBIEŃSTWA.
Ale na tym sprawa się nie kończy. Do połowy XX wieku odkryto tak wiele cząstek subatomowych (ponad 100), że zaczęło to być dość kłopotliwe dla naukowców. Jakby materia płatała psikusa badaczom i z każdym nowym odkryciem mówiła: "szukaj dalej, ta część to nadal nie mój fundament".
Pewien włoski fizyk, Enrico Fermi mawiał: "gdybym pamiętał nazwy tych wszystkich cząstek atomu, byłbym botanikiem". Od czasów Fermiego ustalono, że liczba cząstek subatomowych wewnątrz atomu wynosi 24. Przyjęto to jako jedną z możliwych propozycji, by wiedzieć, co jest czym w atomie, bez popadania w drobiazgowe szaleństwo. Stworzono umowny schemat atomu, zwany Modelem Standardowym.
Według obecnej wiedzy wszechświat jako całość jest równie pusty, co atom. W przestrzeni kosmicznej na jeden metr sześcienny przypada średnio jedna PARA atomów.
Od czasu do czasu siła ciążenia, ze znanych sobie tylko powodów, skupia atomy w gwiazdy, planety i... coś takiego, jak chociażby koty, ludzie i jaszczurki - twory, z których każdy jest na swój sposób zjawiskowy.
I jak to mówił Demokryt z Abdery: "Istnieją tylko atomy i pusta przestrzeń. Cała reszta to opinie."
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Na jeden ludzki rok życia przypada siedem lat psa?
Nie jest to czystą prawdą i tylko prawdą.
Nie można znaleźć żadnego wiarygodnego autorytetu i źródła wiedzy, które by to potwierdziły oraz jasno określiły, w jaki sposób porównywać wiek różnych gatunków.
Dla przykładu: niektóre dwunastoletnie koty i psy są bardziej sprawne od najbardziej dziarskiego 80-latka, a teoretycznie - nie powinny.
Najlepszym sposobem na określenie wieku naszych czworonożnych przyjaciół jest zastosowanie przybliżonego wzoru, który sugeruje, że kocięta i szczeniaki dojrzewają znacznie szybciej niż dzieci, lecz tempo starzenia się zwalnia wyraźnie po dwóch latach.
Dlatego jednoroczny kot może mieć w przybliżeniu 16 lat ludzkich, ale czteroletniego kota należałoby przyrównać do 32-latka, a ośmioletniego do 60-latka.
Gdy obserwuję swojego kota, który ma lat dwa, nic nie wydaje mi się właściwym wzorem do obliczenia jego wieku. Sądząc po jego przedziwnym, nie dającym się przewidzieć zachowaniu, z jednej strony przypomina rozbrykane dziecko, które niedawno nauczyło się podskakiwać na jednej nodze (co okazuje przy każdej okazji, czy ktoś ma ochotę to oglądać, czy nie); a z drugiej strony - znękanego życiem stulatka z galopującą chorobą Alzheimera, który nie wie, na jakim świecie żyje, tak bardzo zdumiony jest oskarżeniami o złodziejstwo i zniszczenia dokonywane w promieniu dwóch metrów od jego pręgowanej postaci. Podczas gdy on przez ten cały czas - okrutnie utrudzony życiem - spał...
Nie można znaleźć żadnego wiarygodnego autorytetu i źródła wiedzy, które by to potwierdziły oraz jasno określiły, w jaki sposób porównywać wiek różnych gatunków.
Dla przykładu: niektóre dwunastoletnie koty i psy są bardziej sprawne od najbardziej dziarskiego 80-latka, a teoretycznie - nie powinny.
Najlepszym sposobem na określenie wieku naszych czworonożnych przyjaciół jest zastosowanie przybliżonego wzoru, który sugeruje, że kocięta i szczeniaki dojrzewają znacznie szybciej niż dzieci, lecz tempo starzenia się zwalnia wyraźnie po dwóch latach.
Dlatego jednoroczny kot może mieć w przybliżeniu 16 lat ludzkich, ale czteroletniego kota należałoby przyrównać do 32-latka, a ośmioletniego do 60-latka.
Gdy obserwuję swojego kota, który ma lat dwa, nic nie wydaje mi się właściwym wzorem do obliczenia jego wieku. Sądząc po jego przedziwnym, nie dającym się przewidzieć zachowaniu, z jednej strony przypomina rozbrykane dziecko, które niedawno nauczyło się podskakiwać na jednej nodze (co okazuje przy każdej okazji, czy ktoś ma ochotę to oglądać, czy nie); a z drugiej strony - znękanego życiem stulatka z galopującą chorobą Alzheimera, który nie wie, na jakim świecie żyje, tak bardzo zdumiony jest oskarżeniami o złodziejstwo i zniszczenia dokonywane w promieniu dwóch metrów od jego pręgowanej postaci. Podczas gdy on przez ten cały czas - okrutnie utrudzony życiem - spał...
sobota, 21 maja 2011
Stolica Tajlandii
W wielkim skrócie nazywa się Krung Thep - dla obywateli Tajlandii. To codzienna nazwa miasta, która znaczy tyle samo, co Los Angeles (Miasto Aniołów). Jest skrótem oficjalnej nazwy stolicy tego kraju, która jest jednocześnie najdłuższą nazwą miejscowości na świecie.
Tylko turyści z zagranicy używają na określenie stolicy Tajlandii słowa Bangkok - ta nazwa funkcjonuje w Tajlandii od ponad 200 lat.
Bangkok był nazwą małego portu rybackiego, ale król Rama I przeniósł tam w 1782 roku stolicę kraju, z portu wybudował miasto i nadał mu nową nazwę Krung Thep. Pierwsza część nazwy Bangkok, czyli bang znaczy wioska. Druga część pochodzi od starego tajlandzkiego słowa makok, które jest nazwą rodzaju owocu (albo śliwki albo oliwek, albo mieszanki obu). W dowolnym tłumaczeniu nazwę Bangkok można przetłumaczyć jako Oliwkowa albo Śliwkowa Wieś. Nikt z mieszkańców podobno nie wie, jakie tłumaczenie obowiązuje.
Pełna oficjalna nazwa stolicy Tajlandii brzmi:
Krungthep Mahanakhon Amorn Rattanakosin Mahintara Yudthaya Mahadilok Pohp Noparat Rajathanee Bureerom Udomrajniwes Mahasatarn Amorn Pimarn Avaltarnsatit Sakatattiya Visanukram Prasit.
W języku tajlandzkim to jedno słowo zbudowane jest ze 152 liter lub 64 sylab.
Przybliżone tłumaczenie brzmi: :"Wielkie Miasto Aniołów, największa skarbnica boskich klejnotów, potężna, nie do zdobycia kraina, okazałe i wyróżniające się królestwo, królewska i zachwycająca stolica zapełniona dziewięcioma kamieniami szlachetnymi, największe królewskie mieszkanie i okazały pałac, boskie schronienie i miejsce zamieszkania odrodzonych duchów".
Krung Thep to jedyne miasto(!) w Tajlandii. Jest prawie czterdzieści razy większe od następnej - co do wielkości - miejscowości.
Tylko turyści z zagranicy używają na określenie stolicy Tajlandii słowa Bangkok - ta nazwa funkcjonuje w Tajlandii od ponad 200 lat.
Bangkok był nazwą małego portu rybackiego, ale król Rama I przeniósł tam w 1782 roku stolicę kraju, z portu wybudował miasto i nadał mu nową nazwę Krung Thep. Pierwsza część nazwy Bangkok, czyli bang znaczy wioska. Druga część pochodzi od starego tajlandzkiego słowa makok, które jest nazwą rodzaju owocu (albo śliwki albo oliwek, albo mieszanki obu). W dowolnym tłumaczeniu nazwę Bangkok można przetłumaczyć jako Oliwkowa albo Śliwkowa Wieś. Nikt z mieszkańców podobno nie wie, jakie tłumaczenie obowiązuje.
Pełna oficjalna nazwa stolicy Tajlandii brzmi:
Krungthep Mahanakhon Amorn Rattanakosin Mahintara Yudthaya Mahadilok Pohp Noparat Rajathanee Bureerom Udomrajniwes Mahasatarn Amorn Pimarn Avaltarnsatit Sakatattiya Visanukram Prasit.
W języku tajlandzkim to jedno słowo zbudowane jest ze 152 liter lub 64 sylab.
Przybliżone tłumaczenie brzmi: :"Wielkie Miasto Aniołów, największa skarbnica boskich klejnotów, potężna, nie do zdobycia kraina, okazałe i wyróżniające się królestwo, królewska i zachwycająca stolica zapełniona dziewięcioma kamieniami szlachetnymi, największe królewskie mieszkanie i okazały pałac, boskie schronienie i miejsce zamieszkania odrodzonych duchów".
Krung Thep to jedyne miasto(!) w Tajlandii. Jest prawie czterdzieści razy większe od następnej - co do wielkości - miejscowości.
![]() |
| Fot. z sieci |
![]() | |
| Fot. z sieci |
![]() |
| Fot. z sieci |
niedziela, 1 maja 2011
Metody na obniżony nastrój
Depresję można "przechodzić" i jest to forma terapii równie skuteczna, co farmakoterapia. Półgodzinne ćwiczenia trzy-pięć razy w tygodniu mają taki sam (a może i nawet lepszy) wpływ na obniżony nastrój, co leki. Ćwiczenia, ruch, wyzwalanie energii - według wszelkich badań - redukują objawy depresji aż do około 50%. Podobnie - twierdzą naukowcy - czasami placebo jest skuteczniejsze niż leki czy ziołowe remedia. Psychiatra z Seattle, dr Arif Khan, po serii prób przeprowadzonych w latach 1979-1996 dowodził, że dziurawiec całkowicie wyleczył 24% przypadków chorych na depresję, leki typowo antydepresyjne - 25%, a placebo zadziałało aż w 32%. Ostatnie badania - na najnowszych antydepresantach - były również imponujące, choć nie tak jak kilkanaście lat temu: leki farmakologiczne wygrały z placebo lecząc aż 52% badanych chorych, ale placebo uzyskało aż 38% skuteczności. Gdy jednak podstęp wyszedł na jaw, stan pacjentów gwałtownie się pogorszył.
Najprawdopodobniej najważniejszy jest kontekst leczenia osób z depresją. Gdy mają zapewnioną pełną opiekę psychologiczną plus leki (w tym i placebo) gwarancja na skuteczne wyleczenie zdecydowanie wzrasta.
To brak dopaminy, substancji chemicznej wytwarzanej przez mózg, wywołuje depresję. I na to jest również sposób, który nie wymaga przyjmowania leków, co tym samym hamuje produkcję dopaminy przez mózg. To ćwiczenia z tzw. "pozytywnego myślenia". Badaniu poddano tybetańskich mnichów, których tematem medytacji była "bezwarunkowa, pełna miłości życzliwość i współczucie" - dzięki temu wykryto u nich niezwykły wzór fal mózgowych gamma, zazwyczaj bardzo trudnych do odczytania, a który wprowadza człowieka w pozytywny nastrój.
Zapewne tu tkwi potęga placebo, której mocy i skuteczności przydaje uczucie wiary.
I jak to powiedział D.H. Lawrence: "Byłem przygnębiony, myśląc o przyszłości, dałem więc sobie spokój i zrobiłem trochę marmolady. To niesłychane, jak szatkowanie pomarańczy i szorowanie podłogi może rozweselić człowieka."
Najprawdopodobniej najważniejszy jest kontekst leczenia osób z depresją. Gdy mają zapewnioną pełną opiekę psychologiczną plus leki (w tym i placebo) gwarancja na skuteczne wyleczenie zdecydowanie wzrasta.
To brak dopaminy, substancji chemicznej wytwarzanej przez mózg, wywołuje depresję. I na to jest również sposób, który nie wymaga przyjmowania leków, co tym samym hamuje produkcję dopaminy przez mózg. To ćwiczenia z tzw. "pozytywnego myślenia". Badaniu poddano tybetańskich mnichów, których tematem medytacji była "bezwarunkowa, pełna miłości życzliwość i współczucie" - dzięki temu wykryto u nich niezwykły wzór fal mózgowych gamma, zazwyczaj bardzo trudnych do odczytania, a który wprowadza człowieka w pozytywny nastrój.
Zapewne tu tkwi potęga placebo, której mocy i skuteczności przydaje uczucie wiary.
I jak to powiedział D.H. Lawrence: "Byłem przygnębiony, myśląc o przyszłości, dałem więc sobie spokój i zrobiłem trochę marmolady. To niesłychane, jak szatkowanie pomarańczy i szorowanie podłogi może rozweselić człowieka."
środa, 20 kwietnia 2011
Indiański skalp
Nie jest prawdą, jakoby Indianie byli tymi, którzy wpadli na pomysł skalpowania swoich wrogów. Skóra ściągnięta z głowy znana była już w starożytności - Scytowie zdzierali skórę głowy swoim nieprzyjaciołom (pisał o tym Herodot) oraz niektóre ludy z zachodniej Syberii i starożytni Persowie.
Wśród Indian skalpowanie było mało rozpowszechnione. Niektórzy historycy mają pewne wątpliwości, czy przed przybyciem białego człowieka Indianie w ogóle znali tę praktykę. Bo to biali, nie czerwonoskórzy zdzierali skórę z głowy swoim przeciwnikom na Dzikim Zachodzie. Żeby zainkasować premię za zabicie Indianina musieli wykazać się dowodem w postaci jego skalpu.
Początkowo skalpowanie znane było tylko we wschodniej części obecnych Stanów Zjednoczonych (na dolnym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca) - stamtąd rozprzestrzeniało się na całą Amerykę.
Dla Indian, gdy przejęli modę na skalpowanie, zdobyte skalpy stał się świadectwem godności wojownika. Indianie nie mieli oporów, by zdzierać skalpy z jeszcze żywych ofiar.
Wśród Indian skalpowanie było mało rozpowszechnione. Niektórzy historycy mają pewne wątpliwości, czy przed przybyciem białego człowieka Indianie w ogóle znali tę praktykę. Bo to biali, nie czerwonoskórzy zdzierali skórę z głowy swoim przeciwnikom na Dzikim Zachodzie. Żeby zainkasować premię za zabicie Indianina musieli wykazać się dowodem w postaci jego skalpu.
Początkowo skalpowanie znane było tylko we wschodniej części obecnych Stanów Zjednoczonych (na dolnym brzegu Rzeki Świętego Wawrzyńca) - stamtąd rozprzestrzeniało się na całą Amerykę.
Dla Indian, gdy przejęli modę na skalpowanie, zdobyte skalpy stał się świadectwem godności wojownika. Indianie nie mieli oporów, by zdzierać skalpy z jeszcze żywych ofiar.
środa, 30 marca 2011
Gdzie szukać ozonu?
Odkrył go w roku 1840 niemiecki chemik Christian Schönbein, podczas badania dziwnej woni wokół sprzętu elektrycznego. Znalazł go, opisał jako O3 i nazwał go po grecku "wąchać" (ozein).
Ozonem interesowali się lekarze ogarnięci dość szczególną obsesją miazmatycznej teorii chorób, według której zły stan zdrowia miał wynikać z tzw. złego powietrza. Sądzili oni, że ozon ma moc oczyszczającą płuca ze szkodliwego wyziewu i że najłatwiej można znaleźć go nad morzem.
Otóż: nie można.
Orzeźwiający i słony zapach morskiej bryzy nie ma żadnego związku z ozonem - niestabilnym i niebezpiecznym gazem.
Wokół kuracji ozonowych, hoteli ozonowych powstał duży przemysł w XIX wieku, choć w jeszcze w XX wieku angielskie miasto Blackpool szczyciło się "najzdrowszym ozonem w Wielkiej Brytanii".
Każdy kto był nad morzem lub tam mieszka wie, że wybrzeże morskie nie pachnie ozonem, co najwyżej i w najlepszym wypadku - gnijącymi wodorostami. Dla porównania: wyziewy z rury wydechowej naszych samochodów w połączeniu ze światłem słonecznym produkują więcej ozonu niż cokolwiek na plaży.
Zatem, jeśli chcielibyście nawdychać sie ozonu proponuję podłożyć swój nos pod rurę wydechową, czego nie polecam, wręcz odradzam.
Ozonu używa się do produkcji wybielaczy oraz do zabijania bakterii w wodzie pitnej - to mniej szkodliwa alternatywa dla chloru. Wysokie napięcie generuje ten gaz w sprzęcie elektrycznym, np. w telewizorach czy fotokopiarkach.
I co ciekawe, niektóre drzewa wytwarzają ozon, który może zatruć pobliską roślinność - są to dęby i wierzby.
Wdychanie kurczącej się warstwy ozonowej, która chroni nas przed promieniowaniem ultrafioletowym jest procederem niepożądanym, niepotrzebnym i fatalnym w skutkach.
Najłatwiej można znaleźć ozon w ilościach hurtowych na dwudziestym czwartym kilometrze nad powierzchnią Ziemi. I po zapachu go poznacie - przypomina bodziszek.
A tak wygląda pospolity bodziszek:
Jego można wąchać w ilościach dowolnych. :)
Ozonem interesowali się lekarze ogarnięci dość szczególną obsesją miazmatycznej teorii chorób, według której zły stan zdrowia miał wynikać z tzw. złego powietrza. Sądzili oni, że ozon ma moc oczyszczającą płuca ze szkodliwego wyziewu i że najłatwiej można znaleźć go nad morzem.
Otóż: nie można.
Orzeźwiający i słony zapach morskiej bryzy nie ma żadnego związku z ozonem - niestabilnym i niebezpiecznym gazem.
Wokół kuracji ozonowych, hoteli ozonowych powstał duży przemysł w XIX wieku, choć w jeszcze w XX wieku angielskie miasto Blackpool szczyciło się "najzdrowszym ozonem w Wielkiej Brytanii".
Każdy kto był nad morzem lub tam mieszka wie, że wybrzeże morskie nie pachnie ozonem, co najwyżej i w najlepszym wypadku - gnijącymi wodorostami. Dla porównania: wyziewy z rury wydechowej naszych samochodów w połączeniu ze światłem słonecznym produkują więcej ozonu niż cokolwiek na plaży.
Zatem, jeśli chcielibyście nawdychać sie ozonu proponuję podłożyć swój nos pod rurę wydechową, czego nie polecam, wręcz odradzam.
Ozonu używa się do produkcji wybielaczy oraz do zabijania bakterii w wodzie pitnej - to mniej szkodliwa alternatywa dla chloru. Wysokie napięcie generuje ten gaz w sprzęcie elektrycznym, np. w telewizorach czy fotokopiarkach.
I co ciekawe, niektóre drzewa wytwarzają ozon, który może zatruć pobliską roślinność - są to dęby i wierzby.
Wdychanie kurczącej się warstwy ozonowej, która chroni nas przed promieniowaniem ultrafioletowym jest procederem niepożądanym, niepotrzebnym i fatalnym w skutkach.
Najłatwiej można znaleźć ozon w ilościach hurtowych na dwudziestym czwartym kilometrze nad powierzchnią Ziemi. I po zapachu go poznacie - przypomina bodziszek.
A tak wygląda pospolity bodziszek:
![]() |
| Fot. z sieci |
Jego można wąchać w ilościach dowolnych. :)
piątek, 18 lutego 2011
Czym żywią się komary?
Samice i samce komarów pożywiają się przede wszystkim nektarem kwiatowym. Ten zostaje przekształcony w glikogen, paliwo dość bogate, by te małe, choć bardziej znane jako wredne stworzenia miały siłę do latania. Ponadto zabezpieczają się na uboższą w jedzenie przyszłość w ten sposób, że przechowują zapasy w tzw. ciele tłuszczowym, które umożliwiają im dożywianie podczas lotów w nieznanym kierunku.
Dlaczego więc komarzyce kąsają, skoro wystarczyłaby im do życia dieta bogata w cukry? Samce nie kąsają, gdyż natura nie wyposażyła ich w aparat gębowy umożliwiający przekłucie skóry człowieka. Natomiast samica ma za zadanie złożenie jaj. Samice niektórych gatunków nie są do tego zdolne, jeśli nie uzupełnią swojego pożywienia świeżą krwią. Zawarte w krwi lipidy przetwarzają w żelazo i białko, a te zwiększają ich płodność. I tak dla przykładu: komarzyca bez krwistej diety zdoła złożyć pięć do dziesięciu jaj. Natomiast jeśli się posili krwią grupy 0 potrafi złożyć ich aż dwieście. Dla komarzycy posiłek złożony z krwi, to prawdziwa uczta; niejednokrotnie pije ją w ilości przekraczającej ciężar swojego ciała. Z zachłanności?
Pewne badania wykazały, że komary-samice, jeśli mają wybór wolą pić krew krowy niż człowieka, a w dżungli próbują ukąsić małpę a nawet ptaka.
Dlaczego więc komarzyce kąsają, skoro wystarczyłaby im do życia dieta bogata w cukry? Samce nie kąsają, gdyż natura nie wyposażyła ich w aparat gębowy umożliwiający przekłucie skóry człowieka. Natomiast samica ma za zadanie złożenie jaj. Samice niektórych gatunków nie są do tego zdolne, jeśli nie uzupełnią swojego pożywienia świeżą krwią. Zawarte w krwi lipidy przetwarzają w żelazo i białko, a te zwiększają ich płodność. I tak dla przykładu: komarzyca bez krwistej diety zdoła złożyć pięć do dziesięciu jaj. Natomiast jeśli się posili krwią grupy 0 potrafi złożyć ich aż dwieście. Dla komarzycy posiłek złożony z krwi, to prawdziwa uczta; niejednokrotnie pije ją w ilości przekraczającej ciężar swojego ciała. Z zachłanności?
Pewne badania wykazały, że komary-samice, jeśli mają wybór wolą pić krew krowy niż człowieka, a w dżungli próbują ukąsić małpę a nawet ptaka.
wtorek, 11 stycznia 2011
Świnki morskie
Wykorzystuje się jako przysmak w porze lunchu...
A nie jak niegdyś do eksperymentów. Te, jako wątpliwą atrakcję, pozostawiono dla szczurów i myszy oraz w niektórych, rzadszych przypadkach dla królików i kurczaków.
Kto więc zajada się świnkami morskimi?
Peruwiańczycy - zjadają rocznie 65 milionów świnek. Gustują w nich również Kolumbijczycy, Boliwijczycy i Ekwadorczycy, czyli można pokusić się o stwierdzenie, że jest to przysmak przynależny mieszkańcom Ameryki Południowej. Podobno najsmakowitsze części to świnkowe policzki.
Świnki morskie jako ofiary eksperymentów naukowych przodowały w XIX wieku. Dzięki nim, w 1890 roku odkryto surowicę błonicy, ratując tym samym życie wielu milionów dzieci. Dziś lepsze do eksperymentowania są szczury i myszy, ponieważ są lepszym modelem ludzkich uwarunkowań. Nasze bohaterki-świnki są jednak niezastąpione w badaniach reakcji anafilaktycznych i w badaniach nad żywieniem (są to jedyne ssaki - poza naczelnymi - które nie umieją syntetyzować witaminy C i muszą je przyjmować z pożywienia).
Przeciętna świnka morska waży od 250 do 700 gram, choć niektórzy badacze z Narodowego Uniwersytetu La Molina w Peru wyhodowali świnki ważące cały kilogram. Oczywiście proceder ten ma na celu eksport tych zwierzątek do konsumpcji przez resztę świata. Ich mięso jest chudsze (ma mniej cholesterolu) niż królicze, ale podobnie smakuje.
W Peru zwierzęta te trzyma się w kuchni, ponieważ Peruwiańczycy święcie wierzą (według przesądów starożytnych), że świnki morskie potrzebyją dymu.
Tzw. lekarze ludowi, czyli po naszemu - znachorzy, wykrywają dzięki świnkom stany chorobowe u ludzi. Odbywa się to w taki sposób, że przykładają do chorego świnkę, a ta piszczy gdy zbliży się do źródła choroby.
W katedrze w mieście Cusco w Peru jest obraz przedstawiający ostatnią Wieczerzę, która ukazuje Jezusa i apostołów posilających się pieczoną świnką morską.
W 2003 roku w Wenezueli archeolodzy odkryli skamieniałe pozostałości po olbrzymiej istocie, wyglądem przypominającą świnkę morską, żyjącą jakieś 8 milionów lat temu. Phoberomys pattersoni było stworzeniem wielkości krowy i ważyło 1400 razy więcej niż przeciętna domowa świnka morska.
Kończąc swój wywód wcale nie mówię Szanownym Czytelnikom: "SMACZNEGO!"
A nie jak niegdyś do eksperymentów. Te, jako wątpliwą atrakcję, pozostawiono dla szczurów i myszy oraz w niektórych, rzadszych przypadkach dla królików i kurczaków.
Kto więc zajada się świnkami morskimi?
Peruwiańczycy - zjadają rocznie 65 milionów świnek. Gustują w nich również Kolumbijczycy, Boliwijczycy i Ekwadorczycy, czyli można pokusić się o stwierdzenie, że jest to przysmak przynależny mieszkańcom Ameryki Południowej. Podobno najsmakowitsze części to świnkowe policzki.
Świnki morskie jako ofiary eksperymentów naukowych przodowały w XIX wieku. Dzięki nim, w 1890 roku odkryto surowicę błonicy, ratując tym samym życie wielu milionów dzieci. Dziś lepsze do eksperymentowania są szczury i myszy, ponieważ są lepszym modelem ludzkich uwarunkowań. Nasze bohaterki-świnki są jednak niezastąpione w badaniach reakcji anafilaktycznych i w badaniach nad żywieniem (są to jedyne ssaki - poza naczelnymi - które nie umieją syntetyzować witaminy C i muszą je przyjmować z pożywienia).
Przeciętna świnka morska waży od 250 do 700 gram, choć niektórzy badacze z Narodowego Uniwersytetu La Molina w Peru wyhodowali świnki ważące cały kilogram. Oczywiście proceder ten ma na celu eksport tych zwierzątek do konsumpcji przez resztę świata. Ich mięso jest chudsze (ma mniej cholesterolu) niż królicze, ale podobnie smakuje.
W Peru zwierzęta te trzyma się w kuchni, ponieważ Peruwiańczycy święcie wierzą (według przesądów starożytnych), że świnki morskie potrzebyją dymu.
Tzw. lekarze ludowi, czyli po naszemu - znachorzy, wykrywają dzięki świnkom stany chorobowe u ludzi. Odbywa się to w taki sposób, że przykładają do chorego świnkę, a ta piszczy gdy zbliży się do źródła choroby.
W katedrze w mieście Cusco w Peru jest obraz przedstawiający ostatnią Wieczerzę, która ukazuje Jezusa i apostołów posilających się pieczoną świnką morską.
W 2003 roku w Wenezueli archeolodzy odkryli skamieniałe pozostałości po olbrzymiej istocie, wyglądem przypominającą świnkę morską, żyjącą jakieś 8 milionów lat temu. Phoberomys pattersoni było stworzeniem wielkości krowy i ważyło 1400 razy więcej niż przeciętna domowa świnka morska.
Kończąc swój wywód wcale nie mówię Szanownym Czytelnikom: "SMACZNEGO!"
![]() |
| http://peruboliwia2007.blox.pl/html |
piątek, 7 stycznia 2011
Pająki
Pająki dają się złapać w sieci innych pająków. I to jest pocieszające dla tych, którzy nie traktują tych boskich istot zbyt przyjaźnie. Tak złapany pająk nie ma fajnie. I nie jest to dla niego przeżycie, o jakim zawsze marzył. Teoretycznie mógłby się z takiej sieci szybko wyplątać, ale zazwyczaj nie ma ku temu najmniejszej możliwości. Bowiem pająki atakują siebie nawzajem skutecznie i bez pardonu dla więzów klanowo-rodzinnych. I żeby było bardziej straszno a mniej śmieszno, te wzajemne ataki są bardziej prawdopodobne w przypadku osobników tego samego gatunku. U wielu pająków istnieje pewna nielogiczność gabarytowa, ponieważ samce są o wiele mniejsze niż samice i jakby tego nie było dość - mogą być przez nie pożarte zaraz po kopulacji. Pająk najczęściej chwyta upatrzoną ofiarę i kąsając ją, wstrzykuje jad. Tak sparaliżowane nie potrafią się bronić, zamiast tego trafiają "na talerz" napastnika, stając się jego smakowitą przekąską.
Różne gatunki pająków stosują odmienną strategię, by schwytać zdobycz. Są wśród naszych milusińskich takie (tzw. pająki naśladownikowate), które żerują wyłącznie na innych pająkach. Pająk-najeźdźca atakuje właściciele pajęczyny szarpnięciem za jej nitki. Prawda, że brutal? Potem kąsa jedną z kończyn prawnego rezydenta sieci, wciąga ją i w całości połyka. Inny (pająk skakunowaty) łapie swoich pobratymców i chwyta je w ich sieci. Nazywa się to - adekwatnie do czynu - "rozbojem w sieci". Jeszcze inne chwytają zdobycz kąsając ją, a następnie owijają ją pajęczą nicią. Czyli - przekładając na język powszechnie zrozumiały dla ludzi - wiążą i pętają mu ruchy, co jak w przypadku pająków z rodziny krzyżakowatych, które mają lepkie nici, powoduje, że taki skazaniec kończy żywot tragicznie.
Podsumowując ten wywód, z którego jasno wynika, skąd bandyci z rodziny człowiekowatych czerpią wiedzę na temat różnych rozbojów, można śmiało powiedzieć, że wrogami pająków są same pająki.
Ale...
Żeby nie było.
Wśród tych stworzeń istnieje około 20 gatunków pająków stadnych, które spokojnie żyją razem w koloniach. I nie są to kolonie karne.
Różne gatunki pająków stosują odmienną strategię, by schwytać zdobycz. Są wśród naszych milusińskich takie (tzw. pająki naśladownikowate), które żerują wyłącznie na innych pająkach. Pająk-najeźdźca atakuje właściciele pajęczyny szarpnięciem za jej nitki. Prawda, że brutal? Potem kąsa jedną z kończyn prawnego rezydenta sieci, wciąga ją i w całości połyka. Inny (pająk skakunowaty) łapie swoich pobratymców i chwyta je w ich sieci. Nazywa się to - adekwatnie do czynu - "rozbojem w sieci". Jeszcze inne chwytają zdobycz kąsając ją, a następnie owijają ją pajęczą nicią. Czyli - przekładając na język powszechnie zrozumiały dla ludzi - wiążą i pętają mu ruchy, co jak w przypadku pająków z rodziny krzyżakowatych, które mają lepkie nici, powoduje, że taki skazaniec kończy żywot tragicznie.
Podsumowując ten wywód, z którego jasno wynika, skąd bandyci z rodziny człowiekowatych czerpią wiedzę na temat różnych rozbojów, można śmiało powiedzieć, że wrogami pająków są same pająki.
Ale...
Żeby nie było.
Wśród tych stworzeń istnieje około 20 gatunków pająków stadnych, które spokojnie żyją razem w koloniach. I nie są to kolonie karne.
wtorek, 4 stycznia 2011
Najwytrzymalsze drewno
To balsa.
Przoduje w trzech kategoriach: najwytrzymalsze pod względem sztywności, zginalności i zgniatalności, choć sama w sobie jest najbardziej miękka wśród drzew. Twardość drewna to termin stosowany przeważnie wobec drzew liściastych, okrytonasiennych (kwitną tak jak balsa), w przeciwieństwie do nagonasiennych drzew iglastych (niekwitnących, takie jak pinie).
Balsa to po hiszpańsku "trawa". Jej drewno jest moloodporne.
Najlżejsze drewno wywodzi się z niedużego drzewa whau (czyt. phou) rosnącego w Nowej Zelandii, gdzie wykorzystywane jest przez maoryskich rybaków do robienia spławików.
Przoduje w trzech kategoriach: najwytrzymalsze pod względem sztywności, zginalności i zgniatalności, choć sama w sobie jest najbardziej miękka wśród drzew. Twardość drewna to termin stosowany przeważnie wobec drzew liściastych, okrytonasiennych (kwitną tak jak balsa), w przeciwieństwie do nagonasiennych drzew iglastych (niekwitnących, takie jak pinie).
Balsa to po hiszpańsku "trawa". Jej drewno jest moloodporne.
Najlżejsze drewno wywodzi się z niedużego drzewa whau (czyt. phou) rosnącego w Nowej Zelandii, gdzie wykorzystywane jest przez maoryskich rybaków do robienia spławików.
środa, 29 grudnia 2010
Najpowszechniejszy ziemski minerał
Czy wydaje Wam się, że to tlen? Węgiel? A może azot?
Woda???
Oj, nie. Żaden z wymienionych.
Bo tym czymś, co najpowszechniejsze na/w Ziemi to perowskit. To minerał zbudowany z magnezu, krzemu i tlenu. Stanowi niemal połowę całkowitej masy naszej planety. To głównie z niego zbudowany jest płaszcz Ziemi. Najprawdopodobniej tak jest, choć żadnemu uczonemu, mimo przypuszczeń, nie udało się jak dotąd pobrać próbek z płaszcza (czyż prochowiec nie jest ładniejszym określeniem na okrycie Ziemi?). Perowskity tworzą rodzinę minerałów, a zostały tak nazwane na cześć rosyjskiego mineraloga księcia Lwa Perowskiego. Może okażą się Świętym Graalem badaczy nadprzewodników - materiałów, które przewodzą prąd elektryczny bez oporu w zwykłej temperaturze. Dzięki nadprzewodnikom moglibyśmy żyć w świecie pociągów unoszących się nad ziemią i niewyobrażalnie szybkich komputerów. Obecnie nadprzewodniki działają w temperaturze około -135 st. C. Oprócz perowskitu płaszcz Ziemi zawiera magnetowustyt (postać tlenku magnezu znajdowana również w meteorytach) i małe ilości stiszowitu (to nazwa wysokociśnieniowej postaci tlenku krzemu zsyntetyzowanej przez moskiewskiego naukowca Lwa Stiszowa).
Bo gdzie znajduje się płaszcz Ziemi?
Otóż, gdzieś pomiędzy skorupą a jądrem. Przyjmuje się, że jest on ciałem stałym, choć niektórzy uczeni twierdzą, że to bardzo gęsta ciecz. Pytanie tylko, skąd o tym wiadomo, skoro nawet skały wyrzucane z wulkanów pochodzą z głębokości najwyżej 200 km, a płaszcz zaczyna się około 660 km pod powierzchnią Ziemi?
Dobre pytanie.
Gęstość i temperaturę wnętrza Ziemi ocenia się wysyłając w głąb planety wiązki fal sejsmicznych i rejestrując opór, którego doznają podczas swej wędrówki. Uzyskane informacje dopasowuje się później do tego, co wiemy o budowie minerałów, których próbkami dysponują naukowcy (pochodzą ze skorupy ziemskiej i meteorytów). Następnie sprawdzane jest ich "zachowywanie" pod wpływem wysokiej temperatury i pod dużym ciśnieniem. Jednak, jak to w niedoskonałej nauce - więcej w tym domysłów niż potwierdzonych faktów.
Woda???
Oj, nie. Żaden z wymienionych.
Bo tym czymś, co najpowszechniejsze na/w Ziemi to perowskit. To minerał zbudowany z magnezu, krzemu i tlenu. Stanowi niemal połowę całkowitej masy naszej planety. To głównie z niego zbudowany jest płaszcz Ziemi. Najprawdopodobniej tak jest, choć żadnemu uczonemu, mimo przypuszczeń, nie udało się jak dotąd pobrać próbek z płaszcza (czyż prochowiec nie jest ładniejszym określeniem na okrycie Ziemi?). Perowskity tworzą rodzinę minerałów, a zostały tak nazwane na cześć rosyjskiego mineraloga księcia Lwa Perowskiego. Może okażą się Świętym Graalem badaczy nadprzewodników - materiałów, które przewodzą prąd elektryczny bez oporu w zwykłej temperaturze. Dzięki nadprzewodnikom moglibyśmy żyć w świecie pociągów unoszących się nad ziemią i niewyobrażalnie szybkich komputerów. Obecnie nadprzewodniki działają w temperaturze około -135 st. C. Oprócz perowskitu płaszcz Ziemi zawiera magnetowustyt (postać tlenku magnezu znajdowana również w meteorytach) i małe ilości stiszowitu (to nazwa wysokociśnieniowej postaci tlenku krzemu zsyntetyzowanej przez moskiewskiego naukowca Lwa Stiszowa).
Bo gdzie znajduje się płaszcz Ziemi?
Otóż, gdzieś pomiędzy skorupą a jądrem. Przyjmuje się, że jest on ciałem stałym, choć niektórzy uczeni twierdzą, że to bardzo gęsta ciecz. Pytanie tylko, skąd o tym wiadomo, skoro nawet skały wyrzucane z wulkanów pochodzą z głębokości najwyżej 200 km, a płaszcz zaczyna się około 660 km pod powierzchnią Ziemi?
Dobre pytanie.
Gęstość i temperaturę wnętrza Ziemi ocenia się wysyłając w głąb planety wiązki fal sejsmicznych i rejestrując opór, którego doznają podczas swej wędrówki. Uzyskane informacje dopasowuje się później do tego, co wiemy o budowie minerałów, których próbkami dysponują naukowcy (pochodzą ze skorupy ziemskiej i meteorytów). Następnie sprawdzane jest ich "zachowywanie" pod wpływem wysokiej temperatury i pod dużym ciśnieniem. Jednak, jak to w niedoskonałej nauce - więcej w tym domysłów niż potwierdzonych faktów.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Nosorożec
Kto wie, z czego zrobiony jest róg nosorożca? Z włosów? Ktoś słyszał o tym kłamstwie?
Róg tego wielkiego zwierzęcia zbudowany jest z keratyny. Ta zaś jest białkiem obecnym w ludzkich włosach i paznokciach, zwierzęcych pazurach i kopytach, w ptasich piórach, w igłach jeżozwierzy, w skorupach pancerników i żółwi.
Nosorożce są jedynymi zwierzętami, których róg zbudowany jest wyłącznie z keratyny. Nie posiada on jądra kości, tak jak jest to w rogach bydła, baranów, antylop i żyraf. Czaszka martwego nosorożca nie nosi śladów jakiegokolwiek rogu, ponieważ u żywego zwierzęcia jest on przymocowany do stwardniałego zgrubienia skóry, nad kością nosową. Róg nosorożca - uszkodzony lub ucięty - czasami się wykrusza, ale młode osobniki potrafią go całkowicie odbudować. Najciekawsze jest to, że tak naprawdę nie wiadomo do czego służy ów róg, ale wiadomo, że gdy straci go samica przestaje się opiekować swoim potomstwem we właściwy sposób.
Nosorożcom grozi wyginięcie, a powodem tego jest... ich róg. W różnych regionach świata jest pożądanym materiałem:
- Na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza w Jemenie wykorzystuje się go w medycynie i do wytwarzania rękojeści sztyletów. Od 1970 roku do Jemenu trafiło 67 050 kg rogu nosorożca. Średniej wielkości róg waży około 3 kg, ilość ta odpowiada 22 350 sztukom.
- Dużym nieporozumieniem jest przekonanie niektórych ludów, że rogi nosorożców to afrodyzjak, lecz to nieprawda - chińscy zielarze twierdzą wręcz, że on bardzie chłodzi niż rozgrzewa, i jako lek bardziej nadaje się na obniżanie wysokiego ciśnienia i gorączki.
Nosorożce obdarzone są doskonałym węchem i słuchem, lecz bardzo źle widzą. W zasadzie żyją samotnie i łączą się w pary tylko po to, żeby się rozmnażać. Kiedy zostaje zaskoczony, oddaje olbrzymie ilości moczu i stolca. Gdy atakuje, zachowuje się różnie, w zależności od gatunku i pochodzenia. Nosorożec azjatycki gryzie, afrykański - szarpie; czarny - choć ma krótkie nogi, ucieka osiągając prędkość 55 km/h.
Obecnie Ziemię zamieszkuje pięć gatunków nosorożca: czarny, biały, indyjski, jawajski i sumatrzański. Nosorożec jawajski zajmuje 4 miejsce na liście najbardziej zagrożonych zwierząt: po delfinie z Jangcy, świstaku z Vancouver i nietoperzu z Seszeli.
Białe nosorożce zaś nie są białe. Ich nazwa bierze się z przekręcenia afrykanerskiego słowa weit, oznaczającego "szeroki", na angielskie white (biały). Natomiast weit odnosi się bardziej do pyska zwierzęcia niż do obwodu jego talii, albowiem ten nie posiada warg, którymi - gdyby je miał - zręczniej posilałby się gałęziami drzew...
Róg tego wielkiego zwierzęcia zbudowany jest z keratyny. Ta zaś jest białkiem obecnym w ludzkich włosach i paznokciach, zwierzęcych pazurach i kopytach, w ptasich piórach, w igłach jeżozwierzy, w skorupach pancerników i żółwi.
Nosorożce są jedynymi zwierzętami, których róg zbudowany jest wyłącznie z keratyny. Nie posiada on jądra kości, tak jak jest to w rogach bydła, baranów, antylop i żyraf. Czaszka martwego nosorożca nie nosi śladów jakiegokolwiek rogu, ponieważ u żywego zwierzęcia jest on przymocowany do stwardniałego zgrubienia skóry, nad kością nosową. Róg nosorożca - uszkodzony lub ucięty - czasami się wykrusza, ale młode osobniki potrafią go całkowicie odbudować. Najciekawsze jest to, że tak naprawdę nie wiadomo do czego służy ów róg, ale wiadomo, że gdy straci go samica przestaje się opiekować swoim potomstwem we właściwy sposób.
Nosorożcom grozi wyginięcie, a powodem tego jest... ich róg. W różnych regionach świata jest pożądanym materiałem:
- Na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza w Jemenie wykorzystuje się go w medycynie i do wytwarzania rękojeści sztyletów. Od 1970 roku do Jemenu trafiło 67 050 kg rogu nosorożca. Średniej wielkości róg waży około 3 kg, ilość ta odpowiada 22 350 sztukom.
- Dużym nieporozumieniem jest przekonanie niektórych ludów, że rogi nosorożców to afrodyzjak, lecz to nieprawda - chińscy zielarze twierdzą wręcz, że on bardzie chłodzi niż rozgrzewa, i jako lek bardziej nadaje się na obniżanie wysokiego ciśnienia i gorączki.
Nosorożce obdarzone są doskonałym węchem i słuchem, lecz bardzo źle widzą. W zasadzie żyją samotnie i łączą się w pary tylko po to, żeby się rozmnażać. Kiedy zostaje zaskoczony, oddaje olbrzymie ilości moczu i stolca. Gdy atakuje, zachowuje się różnie, w zależności od gatunku i pochodzenia. Nosorożec azjatycki gryzie, afrykański - szarpie; czarny - choć ma krótkie nogi, ucieka osiągając prędkość 55 km/h.
Obecnie Ziemię zamieszkuje pięć gatunków nosorożca: czarny, biały, indyjski, jawajski i sumatrzański. Nosorożec jawajski zajmuje 4 miejsce na liście najbardziej zagrożonych zwierząt: po delfinie z Jangcy, świstaku z Vancouver i nietoperzu z Seszeli.
Białe nosorożce zaś nie są białe. Ich nazwa bierze się z przekręcenia afrykanerskiego słowa weit, oznaczającego "szeroki", na angielskie white (biały). Natomiast weit odnosi się bardziej do pyska zwierzęcia niż do obwodu jego talii, albowiem ten nie posiada warg, którymi - gdyby je miał - zręczniej posilałby się gałęziami drzew...
niedziela, 12 grudnia 2010
Jak odkryto teflon?
Nie przez przypadek, jak wieść gminna niesie będąc przekazywana z ust do ust, a która mówi, że odkryto go podczas realizacji pewnego programu kosmicznego.
Handlowa nazwa teflonu brzmi jednak cokolwiek tajemniczo. To PTFE, czyli politetrafluoroetylen, czyli innymi słowy fluoropolimer, odkryty przypadkowo w 1938 roku przez Roya Plunketta i obecny na rynku od 1946 roku.
Plunkett eksperymentował z CFC (chlorofluorowęglan - też ładnie brzmi), wykorzystywanym w chłodnictwie i spostrzegł, że przez noc próbka zamarzła i zmieniła się w białawe, woskowate ciało stałe o niezwykłych właściwościach. Było śliskie i nie wchodziło w reakcje z żadnymi związkami chemicznymi, nawet najbardziej żrącymi kwasami.
Firma DuPont, dla której pracował Plunkett, znalazła zastosowanie dla nowego tworzywa, najpierw w projekcie Manhattan (kryptonim programu budowy broni jądrowej realizowanym w latach 1942-1956), dopiero później przy produkcji przyborów kuchennych.
We wszystkich misjach Apollo stosowano teflon do izolacji kabli.
Inny mit związany z teflonem dotyczy kul nim powleczonych, a które dzięki niemu rzekomo z większą skutecznością przebijają opancerzenie. Tymczasem teflonowa powłoka zmniejsza zużycie wewnętrznej powierzchni lufy karabinu i nie ma wpływu na efektywność penetracji pancerza przez kulę.
Teflon ma najmniejszy współczynnik tarcia ze wszystkich znanych ciał stałych i właśnie dlatego sprawdza się tak dobrze w roli "nieprzypalacza" na powierzchni patelni.
Ktoś mógłby zadać pytanie: Skoro teflon jest taki śliski, to w jaki sposób udaje się nim powlec patelnię? Otóż wykorzystuje się do tego proces zwany piaskowaniem, dzięki któremu na powierzchni patelni powstaje mnóstwo drobniutkich zadrapań. Potem spryskuje się powierzchnię ciekłym teflonem, który jednocześnie wypełnia te zadrapania. Następnie patelnię poddaje się działaniu wysokiej temperatury - teflon wówczas twardnieje i przylega w mechaniczny sposób do powierzchni patelni. Na końcu nkłada się na nią szczeliwo i jeszcze raz wypala.
A później, to już my robimy wszystko, by coś w kuchni na teflonie przypalić...
Handlowa nazwa teflonu brzmi jednak cokolwiek tajemniczo. To PTFE, czyli politetrafluoroetylen, czyli innymi słowy fluoropolimer, odkryty przypadkowo w 1938 roku przez Roya Plunketta i obecny na rynku od 1946 roku.
Plunkett eksperymentował z CFC (chlorofluorowęglan - też ładnie brzmi), wykorzystywanym w chłodnictwie i spostrzegł, że przez noc próbka zamarzła i zmieniła się w białawe, woskowate ciało stałe o niezwykłych właściwościach. Było śliskie i nie wchodziło w reakcje z żadnymi związkami chemicznymi, nawet najbardziej żrącymi kwasami.
Firma DuPont, dla której pracował Plunkett, znalazła zastosowanie dla nowego tworzywa, najpierw w projekcie Manhattan (kryptonim programu budowy broni jądrowej realizowanym w latach 1942-1956), dopiero później przy produkcji przyborów kuchennych.
We wszystkich misjach Apollo stosowano teflon do izolacji kabli.
Inny mit związany z teflonem dotyczy kul nim powleczonych, a które dzięki niemu rzekomo z większą skutecznością przebijają opancerzenie. Tymczasem teflonowa powłoka zmniejsza zużycie wewnętrznej powierzchni lufy karabinu i nie ma wpływu na efektywność penetracji pancerza przez kulę.
Teflon ma najmniejszy współczynnik tarcia ze wszystkich znanych ciał stałych i właśnie dlatego sprawdza się tak dobrze w roli "nieprzypalacza" na powierzchni patelni.
Ktoś mógłby zadać pytanie: Skoro teflon jest taki śliski, to w jaki sposób udaje się nim powlec patelnię? Otóż wykorzystuje się do tego proces zwany piaskowaniem, dzięki któremu na powierzchni patelni powstaje mnóstwo drobniutkich zadrapań. Potem spryskuje się powierzchnię ciekłym teflonem, który jednocześnie wypełnia te zadrapania. Następnie patelnię poddaje się działaniu wysokiej temperatury - teflon wówczas twardnieje i przylega w mechaniczny sposób do powierzchni patelni. Na końcu nkłada się na nią szczeliwo i jeszcze raz wypala.
A później, to już my robimy wszystko, by coś w kuchni na teflonie przypalić...
piątek, 10 grudnia 2010
Najpowszechniejszy ptak
Zabawmy się w piratów! Ręka na czoło, całym spojrzeniem obejmujemy horyzont i... co widać?
Kury? Dużo kur?
Oczywiście, że to kura. Na świecie żyje około 52 miliardów kur, czyli na jednego człowieka przypada około 9 kurzęcych osobników.
75% z nich zostaną pożarte przez ludzi i lisy, jednak trzeba Wam wiedzieć, że przez niemal 3 tysiące lat hodowano je głównie dla jaj. (OK: "Dla jajek". "Dla jaj" zabrzmiało jak żart).
Wszystkie kury świata są potomkami pewnego gatunku bażanta (kur bankiwa), zamieszkującego Tajlandię. Obecnie najbliżej z nim spokrewniony jest kogut wystawiany do walk.
Hodowla kur i produkcja jaj na masową skalę rozpoczęła się około 1800 roku, zaś kurze mięso pojawiło się jako produkt uboczny rozwoju rynku jajek. Początkowo pod topór dostawały się kury zbyt stare, by mogły znosić jajka. Czyli kompletnie bezużyteczne. Wiadomo: stare - "na śmietnik".
W 1963 roku kurze mięso było wciąż luksusem. Dopiero w latach 70-tych XX wieku stało się ono dostępne dla większości rodzin.
Jednak w wyniku przyśpieszonych zabiegów hodowlanych i kuracji hormonalnych współczesna kura osiąga dojrzałość już w 40 dni, dwukrotnie szybciej niż hodowana w warunkach naturalnych.
Większość kurczaków przeznaczonych na ubój to samice. Natomiast samce hodowane na ubój są kastrowane i nazywa się je kapłonami. Współcześnie kastrację przeprowadza się chemicznie (prowadzi do zaniku jąder).
Ciekawym jest fakt, że mimo iż w Chinach żyje 3 miliardy kur, eksportuje się tu większość amerykańskich kurzych łap.
A przed rokiem 1500 na kontynencie amerykańskim w ogóle nie było kur. Zostały sprowadzone dopiero przez Hiszpanów.
Kury polskie wiadomo jak gdaczą: ko-ko-ko. Kury duńskie: "gok-gok"; niemieckie "gak-gak"; holenderskie: "tok-tok", natomiast fińskie i węgierskie: "kot-kot". Kura zaś francuska wyróżnia się z tłumu swym: "kotkotkodet".
Kury? Dużo kur?
Oczywiście, że to kura. Na świecie żyje około 52 miliardów kur, czyli na jednego człowieka przypada około 9 kurzęcych osobników.
75% z nich zostaną pożarte przez ludzi i lisy, jednak trzeba Wam wiedzieć, że przez niemal 3 tysiące lat hodowano je głównie dla jaj. (OK: "Dla jajek". "Dla jaj" zabrzmiało jak żart).
Wszystkie kury świata są potomkami pewnego gatunku bażanta (kur bankiwa), zamieszkującego Tajlandię. Obecnie najbliżej z nim spokrewniony jest kogut wystawiany do walk.
Hodowla kur i produkcja jaj na masową skalę rozpoczęła się około 1800 roku, zaś kurze mięso pojawiło się jako produkt uboczny rozwoju rynku jajek. Początkowo pod topór dostawały się kury zbyt stare, by mogły znosić jajka. Czyli kompletnie bezużyteczne. Wiadomo: stare - "na śmietnik".
W 1963 roku kurze mięso było wciąż luksusem. Dopiero w latach 70-tych XX wieku stało się ono dostępne dla większości rodzin.
Jednak w wyniku przyśpieszonych zabiegów hodowlanych i kuracji hormonalnych współczesna kura osiąga dojrzałość już w 40 dni, dwukrotnie szybciej niż hodowana w warunkach naturalnych.
Większość kurczaków przeznaczonych na ubój to samice. Natomiast samce hodowane na ubój są kastrowane i nazywa się je kapłonami. Współcześnie kastrację przeprowadza się chemicznie (prowadzi do zaniku jąder).
Ciekawym jest fakt, że mimo iż w Chinach żyje 3 miliardy kur, eksportuje się tu większość amerykańskich kurzych łap.
A przed rokiem 1500 na kontynencie amerykańskim w ogóle nie było kur. Zostały sprowadzone dopiero przez Hiszpanów.
Kury polskie wiadomo jak gdaczą: ko-ko-ko. Kury duńskie: "gok-gok"; niemieckie "gak-gak"; holenderskie: "tok-tok", natomiast fińskie i węgierskie: "kot-kot". Kura zaś francuska wyróżnia się z tłumu swym: "kotkotkodet".
czwartek, 25 listopada 2010
Najwyższa góra znajduje się...
Na Marsie.
Jest tam najwyższy szczyt spośród wszystkich znanych nam we wszechświecie, czyli i w Układzie Słonecznym, olbrzymi wulkan, nazwany Górą Olimp (Olympus Mons). Wznosi się na wysokość 22 kilometrów, a jego podstawa ma średnicę 624 kilometrów, czyli jest tak duży, że mógłby przykryć Arizonę lub całe Wyspy Brytyjskie.
Jego krater ma średnicę około 72 kilometrów i głębokość ponad 3 km, a zatem udałoby się umieścić w nim np. Londyn.
Można by się sprzeczać, czy ten wulkan jest górą. Szczyt jego jest płaski, a jego zbocza nie są strome. Ich nachylenie mieści się w granicach tylko 1-3 stopni, więc przy wejściu na jego szczyt nie odczulibyśmy żadnej zadyszki. Jednak określa się, że górę stanowi jej wysokość...
Jest tam najwyższy szczyt spośród wszystkich znanych nam we wszechświecie, czyli i w Układzie Słonecznym, olbrzymi wulkan, nazwany Górą Olimp (Olympus Mons). Wznosi się na wysokość 22 kilometrów, a jego podstawa ma średnicę 624 kilometrów, czyli jest tak duży, że mógłby przykryć Arizonę lub całe Wyspy Brytyjskie.
Jego krater ma średnicę około 72 kilometrów i głębokość ponad 3 km, a zatem udałoby się umieścić w nim np. Londyn.
Można by się sprzeczać, czy ten wulkan jest górą. Szczyt jego jest płaski, a jego zbocza nie są strome. Ich nachylenie mieści się w granicach tylko 1-3 stopni, więc przy wejściu na jego szczyt nie odczulibyśmy żadnej zadyszki. Jednak określa się, że górę stanowi jej wysokość...
Subskrybuj:
Posty (Atom)






